niedziela, 21 grudnia 2014

Chyba widzę Twój problem. Nie siedzi on w niczym innym, jak w chorobliwej zazdrości. To jeden z wielu powodów na wielkie 'nie'. Ty byś nie wytrzymała z zazdrości. Za dużo tajemnic, albo najzwyklej w świecie niewypowiedzianych spraw.

Ty masz w cholerę zaufania. Ale odczekujesz od kogoś oddania. Całkowitego i wiecznego. Bo robisz dokładnie to samo. Twoja miłość polega na żywieniu się nią. Ciągłej produkcji, ciągłego pobierania z niej energii. Może się skończyć wszystko, a Ty, zatracona w swym uczuciu i tak będziesz najszczęśliwsza. Może dlatego nie odczuwasz już szczęścia? Bo dla Ciebie liczy się jedynie właśnie to?
Ale nie potrafisz ufać tak jak kiedyś. Potykasz się, nabijasz siniaki, one już zostały. To jak z poparzeniem rąk. Raz wylałaś na palce wrzątek - czajnik trzymasz z mistrzowską precyzją. Ze strachu. To Twoja Achillesowa pięta, ot co.

Idź zapalić.
Robisz z tego dość ładnego bloga byle pamiętnik do wyżalenia się.
I zrozumienia pewnych Twoich zachowań.
Uwaga, Panowie i Panie.
I inne Twory.
Oto blog. Inaczej pamiętnik.
Inaczej Instrukcja Obsługi Pauliny Chochlik.
Czy jak jej tam.
Cholera ją wi.
A teraz się skup i mnie dokładnie wysłuchaj. Wchodzi osoba trzecia, no nie?
Przestań robić z siebie wyrzutka losu, jakim byłeś kiedyś. Nie poradziłeś sobie, rozumiem, to było duże coś, zwaliło się na Ciebie lawiną okropieństw. To był ciężki rok, rok podnoszenia z się z najgorszego bagna, w jaki tylko można było wpaść. Rok zmarnowanego życia.
Taka jest prawda.
Ale wiesz co?
Udało Ci się. Zrobiłeś to, podniosłeś się. Masz nos wysoko zadarty do góry, bo mimo wielu blizn po wojnie, wytworzyłeś również tarczę, mocną, silną tarczę. Nie jesteś od nikogo uzależniony, pamiętaj to! Jesteś jednostką, jesteś sam sobie najsilniejszy. Sam potrafisz się uspokoić i dać radę. Pomoc jest ważna. Przyjaciele są ważni. Ale nie uzależniaj swojego życia od nich. Ty dla siebie będziesz na zawsze. Nikt inny nie będzie.
Pamiętaj, dasz sobie radę w każdej sytuacji. Skoro inni przychodzą do Ciebie po pomoc, nie mów, że nie umiesz sam sobie poradzić. Zrób z siebie osobę trzecią i zachowuj się dokładnie tak jak teraz. Myśl, że to nie Twoje problemy, tylko czyjeś. I już, sprawa załatwiona.
Jak sobie pomożesz dziś, gdy to wszystko wraca?
Oddychaj spokojnie, maleńka. Zajmij sobie czymś głowę, przecież nic się nie dzieje. Masz wielką umiejętność do zamartwiania się, do wyolbrzymiania wielu małych spraw. Sam sobie jesteś królem. Sam potrafisz rządzić ludźmi. Daj więcej luzu. Wrócą, nie potrafią Cię zostawić.
Ale to nieważne. To pewnik, który mnie może trzymać, tak? Chyba tak.
Czasem boję się, że naprawdę mogę być nienormalny. Szalony.
Niestety nie jak te wszystkie dziewczynki dodające zdjęcia z imprezy i podpis.
Z wariatami.
Niestety, to nie ja nimi jestem. A chciałbym być.
Co, jeśli potrafię mówić do telefonu, mówić do siebie, patrzeć w ścianę, jakby była najokazalszym dziełem sztuki? Tylko wariaci są coś warci? Niby co. Pośmiewisko i radosny spektakl dla okazalszych pozycją psychiczną. A może to w takim ludziach najwięcej człowieczeństwa się znajduje?
Chyba potrzebuję jakiegoś profesora, który by mi to wytłumaczył.
Jak jakiegoś znajdziecie, to dajcie mi znać.
Potrzebuję go.

sobota, 20 grudnia 2014

Wylewator żalów 5k.

Ostatnio zaczęłam oglądać kolejny serial, Breaking Bad. Zjadłam na raz 1 sezon, kończę już drugi. Uwaga, spojlery. Walterowi urodzi się córeczka, Holly. Jest pokazany jeden, krótki moment, gdzie budzi się w nocy i idzie ją nakarmić. Bierze ją na ręce, mówi do niej, uspokaja i stara się uśpić, by mała nie krzyczała.
Jesteś moją dziewczynką?
To naprawdę nic takiego, krótki moment, który mało kto zapamięta, czy w ogóle zauważy. Ale jakoś, chciałam Wam o tym opowiedzieć. Ojciec trzymając swoją córeczkę, schodzi do piwnicy, żeby pokazać co dla niej zrobił. Odsuwa materiał. Zostawił dla dziewczynki pieniądze ze sprzedaży.
Bardzo chciałabym być taka ważna dla taty, he.

Whatever.
Idę dalej oglądać.

czwartek, 9 października 2014

Ciem, kapciem, butem.
"Niech nikt Was nie przekona, że „beze mnie jesteś nikim”. Nie wierzcie w bajkę o dwóch połówkach jabłka, albo wierzcie, ale nie przypominajcie sobie o niej, by zagłuszyć myśl, że Wasza relacja z kimś nie idzie w dobrym kierunku."
Wracamy na drogę i jedziemy w kierunku, który wskazuje palcem Camryn. Podążamy na wschód drogą numer czterdzieści cztery, wygląda na to, że przejedziemy przez dolną część Missouri. 

– Cieszę się, że mogłem służyć. – Włączam radio. 
– Och, nie – dokucza mi. – Zastanawiam się, jak daleko w lata siedemdziesiąte posuniemy się tym razem. 
Pochylam głowę i uśmiecham się do niej. 
– To dobra piosenka – mówię, sięgając do radia i dając trochę głośniej, po czym do rytmu uderzam kciukami o kierownicę. 
– Tak, słyszałam już ją kiedyś. – Opiera głowę o siedzenie. – „Wayward Son”. 
– Blisko. „Carry On Wayward Son”. 
– Tak, na tyle blisko, że nie musiałeś mnie poprawiać. – Udaje obrażoną, ale nie wychodzi jej to za dobrze. 
– A nazwa zespołu to...? – Sprawdzam ją. 
Krzywi się. 
– Nie wiem! 
– Kansas – odpowiadam z wyższością. – Jeden z moich ulubionych. 
– Mówisz tak o wszystkich. – Nadyma usta i mruży oczy. 

Solomon Grundy,
Urodzony w Poniedziałek,
Ochrzczony we Wtorek,
Żonaty w Środę,
Skrzywdzony w Czwartek,
Osłabiony w Piątek,
Zmarły w Sobotę,
Pochowany w Niedzielę:

To jest koniec o Solomonie Grundym.
Chciałbym, żeby mnie ktoś wziął. Wziął i schował, przy sobie, obok siebie. Przykrył, żeby wystawał mi tylko czubek nosa. Żebym mógł sobie ogrzać łapki, wtulić się mocno. Poczuć delikatny zapach drugiej osoby. Uśmiechnąć się i zanurzyć w nim. Chciałbym oglądać z kimś filmy, nawet te straszne. I te przygodowe też. Wykrzykiwałbym przekleństwa, różne odgłosy dźwiękonaśladowcze, pod wpływem emocji. Wychodziłbym coś zjeść, ale jedynie do kuchni. Zapewne i tak siedziałbym na blacie, skulony, patrząc jak ktoś robi mi kanapki, bo nie wiedział co chcę. Spytał, oczywiście spytał, co bym zjadła. A ja, z wielkim uśmiechem odpowiedziałbym: jedzenie. Chciałbym wieczorami, no i nocą palić na dachu. Siąść, położyć się, patrzeć na gwiazdy, na moje gwiazdy i wydmuchiwać dym. Chciałbym napić się malibu z mlekiem, lubię, słodkie. I chciałbym opowiadać głupie żarty. I chciałbym być zawstydzany. I oprowadzany. I chciałbym wyjeżdżać. I się dużo śmiać. I być całowany w nosek. I gryziony w szyję. I żebym sam mógł kogoś gryźć, jak kotek kostki. Tak dużo bym chciał, a nie mam nic.
-.
Wielka rozpacz z powodu śmierci motyla dziś mną wzruszyła. Nie wiem, czy ja mam mą gwiazdę? Ja jestem gwiazdą Twego życia. Ale czy na pewno? Czy ja pozwalam na takie spoufalanie się? Czy kogokolwiek dopuszczam aż tak, by był mą gwiazdą? Nie sądzę. To ja sama nią jestem. Gwiazdy są samotne, a samotność równa się bezpieczeństwu. Wszystko ładnie, pięknie, uśmieszki i inne duperele, ale dystans jest równy mojej przestrzeni, prywatnej. Tak bardzo ważnej. 
10 minut biegu w miejscu. Dawałam sobie 4. Pokonałam, dałam radę.
Jutro sprawdzian na który nic nie umiem, znowu boję się szkoły i stresu z nią związanego.
Nie wiem, nie wiem nic.

re la ty wizm mo ral ny
I ten nie grzeszy, kto grzeszy w sekrecie.




niedziela, 5 października 2014

Cześć i czołem.
Dawno nie pisałam, weny brak, więc nie będę tutaj śmiecić. Wczoraj zobaczyłam miasto, które pobiło wszystkie inne w których byłam. Już dwa razy w Krakowie byłam, ale ten wyjazd pobił inne na głowę.
Wcześnie rano wbił Marek, szybko się ogarnęłam, wybiliśmy na próbę. Wcześniej zamiast papierosów kupiłam sobie figurkę Rarity, kucyka. Tam siedziałam kilka godzin łażąc z góry na dół, słuchając jak im idzie i czytając książkę na dworze. Słoneczko pięknie świeciło, pogoda dopisywała. Po próbie zaczęli się pakować, wbiło też kilka innych osób.
Paulina, Paulina, masz fajną dupę. ~Pędzel 2014.
Spytał mnie, jak mam naprawdę na imię. I wymyślił dla mnie wierszyk.
Dojechałam z Frajerem i Markiem do domu tego pierwszego. Bawiłam się z rybką, jadłam gołąbki i poznałam jego dziewczynę, Anię. W końcu zabraliśmy się i pojechaliśmy do Krakowa. Trochę spałam, leżąc głową na ramieniu Marka. Jak dojechaliśmy poszliśmy wszyscy na kebaba do Shisha baru, w stylu typowo hinduskim. Wszędzie wielkie poduchy, muzyka, mega klimat. Udało nam się - zaraz na przeciwko baru był nasz pub. Długie schody, taras. Bardzo mi się spodobał.
Sam koncert był niezły, Ojszczane Mury grały - dla mnie - całkiem fajnie. Nadal uważam, że Baryła rozjebał wokal, mega. Najlepsze, że nie wypiłam prawie nic. Duma rozpiera, he. Swoją drogą. Mam crush na Artystę. Nic, shh. Nic nie było.
Poznałam Jezusa, zaczęłam wierzyć. Wymieniałam uśmiechy, przytulałam obcych ludzi, macałam czyjeś irokezy, śmiałam się ze wszystkimi, robiłam ludziom pieczątki, patrzałam na przystojnych (przystojnego, lel) ludzi, oglądałam z bezpiecznej odległości pogo.
Poznałam masę ludzi, świetnych ludzi.
Chcę znów tam wrócić. Wiem, że wrócę.


sobota, 27 września 2014

Ledwo 9:56, halo, wszyscy ludzie śpią. To przecież środek nocy. A ja wzięłam w łapy Maksa i zaczęłam pisać. Mieliście kiedykolwiek tak, że ktoś Wam narzucał słuchanie swojej muzyki? Miałam tak raz w życiu, nienawidzę tego. Tak obrzydził mnie pewien rodzaj utworów, że do tej pory mam wielkie trudności, by cokolwiek przesłuchać. Moje spotkanie z muzyką nie było cudowne, jak to często słyszę - puszczane od dziecka utwory, blabla. Wiecie, że jako dzieciak kochałam muzykę disco polo? Uwielbiałam ją, tańczyłam do niej, taka wielka miłość. Obecnie jej dziko nie cierpię. Bawiłam się również rapem. Pamiętam jak siedziałam z koleżanką pod blokiem, plotłyśmy sobie bransoletki z muliny i słuchałyśmy... no tak, Pezeta, Peji, Picha. Szaleństwo. Był okres na pop, później rock. Nie wiem sama skąd to się wzięło. Nigdy ostrzejszą muzyką się nie interesowałam, a tu proszę. Na początku lżejsze utwory, następnie takie, że siedząc zamknięta w pokoju, mami darła się, bym wyłączyła to cholerstwo. Mocno pokochałam tę muzykę. Dwie koszulki z zespołami, typowe ubranie bruda. Kolejne ciężkie brzmienia, ćwieki, ciężkie buty, ciężki makijaż. Choszki stały się maleńką gotką z oczkami jak panda. To trwało długo, naprawdę. A później poof, przeszło, tyle.
Rozpoczęła się era dubstepu. Na początku uważałam to za najgorszą muzykę, jakieś piski, trzaski i wiercenie w ścianie. I jakoś to polubiłam. Nowe utwory, power taki, że ja pierniczę.
Tylko, komuś się to nie spodobało. To przez gówniana muzyka. Więc pod przymusem wysłuchiwałam albumów Metalliki i innego dziadostwa. Obecnie jest mi ciężko słuchać nawet AC/DC, na które miałam wielki crush. Znienawidziłam tę muzykę.
Kolejny był powrót do rapu. Tu jestem obecnie teraz. Zadomowiona, jest mi miło i ciepło. Słucham przeróżnego rapu. Czasem z głębszym tekstem, czasem typowego pierdolenia. Nie ma wyśmiewania się, bo ktoś nie zna płyty, czy biografii autora, co często bywało wcześniej z metalem. Są utwory, których nie lubię, są takie, przy których wyję z uśmiechem, jak i takie, gdzie po prostu płaczę. Muzyka wspomnień, właśnie taka jest.
Muzyka w związkach, dla mnie była niebezpieczna, teraz zmieniłam swoje pojęcie. Jeśli dwoje ludzi słucha różnej muzyki, to jak dwie rzeki. Możesz wejść i się rozejrzeć, ale nie rób bałaganu. Jeśli Ci się nie podoba - wróć do swojej wody.
To naprawdę nie jest trudne.

...

sobota, 20 września 2014

Jest dobrze! Zalatany wczoraj dzień, ciągle się z kimś spotykałam, coś robiłam, ni chwili wytchnienia. Jak to ktoś powiedział, takie życie 'gwiazdy', niezniszczalne. Poznałam Cleo, częstochowską lesbę celebrytkę. B| Jeju, to takie kochane maleństwo, naprawdę. Dostałam piękną bransoletkę, pachnie ona męskimi perfumami, od niej. Cudo. Razem z Cleosiem poznałam też Mai, Polę. 
Dzisiaj miałam jechać na wieś, ale to jeszcze niepewne jest. Chcę tam jechać, stęskniłam się. Od Odmieńca mam pożyczony elektroniczny papieros. Zakochałam się w nim, siedzę i bawię się dymem jak mała dziewczynka. W poniedziałek wyjazd do Warszawy. Badania, trochu się boję, ale wiem, że dam radę. 
Ja się zbieram, bo nadal w piżamie siedzę. Czesia!

czwartek, 18 września 2014

Wszędzie wszyscy trują, a ja, jako iż ładnie podpisałam moje dzieła, tak mogę je tu udostępnić. Chyba mam ochotę napisać coś ładnego i mądrego. Ale jest zbyt głodna. Idę oglądać serial.

sobota, 13 września 2014


Mając możliwość zamieszkania w świecie bajki, którą wybierasz?



Otóż, panowie i panie, byłaby to bajka Alicja w Krainie Czarów. Może tytuł znajomy, lecz byłaby ona po prostu patologiczna. Postacie byłyby niby te same, lecz gdyby się bardziej przyjrzeć, są kompletnie inne. Kapelusznik, alkoholik. Wciąż z butelką, wpatrzony w Alicję, która jest jednocześnie tak blisko, a tak daleko. Biały Królik, maleństwo, które boi się wszystkiego. Mimo tego, trwa przy Alicji, pomaga jej, potrafi się postawić i się obronić, jeśli najdzie taka potrzeba.
Biała królowa, dla Alicji jak siostra. Akceptuje każde jej pomysły, jest dla niej Aniołem Stróżem. 
Absolem, ktoś, kogo tak naprawdę nigdy nie widziała, ktoś z wieloma wadami, ktoś, kogo może nie rozumie, w swojej prostocie. Bardzo dla niej ważny, z dobrym gustem muzycznym.
Zając Marcowy, może jest dla innych nienormalny, może zły, może uważają go tylko za ćpuna, ale tak naprawdę Alicja bardzo go lubi. Nie zwraca uwagi na gadanie innych, lubi jak śpiewa.
Mniamałyga, tak naprawdę powinna być facetem, ale nieważne. Lubi Alicję, może nawet ją kocha? Mniamałyga jest porywczy, ma swoją pasję. Często przeklina, jest złośliwy, ale wspaniale przytula.
Żaberzwłok, to kumulacja wad Alicji. Jej głupiego przywiązania, naiwności, daru wybaczania, który kiedyś ją do grobu zaprowadzi. Jak w filmie, może kiedyś się z nimi pogodzi, zaakceptuje je, lub w sobie zmieni, tego nie wiem.
Skazeusz, to kompleksy Alicji. Ciągną się za nią, mimo iż nikt inny ich nie widzi, prócz niej. 
Kot z Cheshire, jest seksowną kobietą, która często kusi Alicję. Poznali się dawno temu podczas gorszych dni. Świetnie się dogadują, uśmiech kota, jest uśmiechem pięknym.
Dyludi i Dyludam, różne płcie, kto jest kim? Dwa wariaty bliskie Alicji, często przeskrobią i mają swoje za plecami, ale przyjaźnią się z nią, a ona z nimi. Ona wariatka, lubi ostre przedmioty i chorą muzykę, on trochę bardziej rozważny, lecz często ulega jej urokowi. Alicja uwielbia, jak to w filmie Królowa Kier powiedziała "swoich grubasów", mimo iż wcale otyli nie są. 
I na koniec - Czerwona Królowa, Królowa Kier. To każda katastrofa Alicji. Każde potknięcie w życiu, każda osobista tragedia przybrała kolor czerwony i zmieniła się w tę "kobietę". 
-.



wtorek, 9 września 2014

nie wiem nie wiem nic.

Oczywiście jesień nigdy nam nie służy. Z tego jakże wspaniałego powodu, siedzę od wczoraj chora. Cały dzień spędzony w łóżku, nawet krótka myśl nienawiści. Co do czego, spytacie? To przecież tylko przeziębienie, kilka dni i będę jak nowa, o co może jej chodzić.
Niedawno weszłam na aska panienki Mari, oto jej odpowiedź, którą potwierdzam, która mnie zainspirowała do opowiedzenia o tym tutaj.

Jakże niesamowicie prawdziwe. Wy może nigdy o tym nie myśleliście. A ja dość często, jak bardzo potrafię nienawidzić ciała, nienawidzić fizyczności. Jak bardzo skręcam się, wiję i dyszę, będąc w tym zamknięta, nie móc się ruszyć, uwolnić, to jak kajdany, jak wielka, ciężka kula u nogi. Podzielam zdanie panienki Mari. Umysł może być tak piękny, przecież wygląd to tylko opakowanie do wspaniałego prezentu, jakim jest ludzkie wnętrze. 
Uwielbiam ludzkie oczy. Uwielbiam męskie dłonie. Uwielbiam kobiece kształty. Męskie brzuchy. Uśmiechy. 
Ale mimo pięknej fizyczności, mimo czerpania z tego przyjemności, czymże to jest w stosunku do naszych głów? 
Nasze czasy, mimo wszystko, jakże pustymi się stały. Gdzie ludzi ocenia się po wyglądzie. Zaciera się powaga wypowiadanych słów i naszych poglądów. Rozumiem, ludzi przyciąga ciało, to widzą, to ich pierwsze interesuje. Mówię tu o tak zwanych "typowych". Pierwsza moja myśl, to program, gdzie są mocno wyeksponowani - "Warsaw Shore". To skupisko iście pustych, iście zepsutych ludzi, dla których liczą się wartości, które nawet wartościami nie powinny być nazwane. 
Co by było, gdyby pozbyć się ciała, byśmy stali się naszą psychiką? Nieskończoną, wolną, nieograniczoną? Co "typowi" pokazaliby po sobie? 
Nic, oto odpowiedź. Nic. 
Widzę ich jako małe, słabe, ciche żyjątka. Nie interesujące nikogo, kompletnie nikogo.
Ale pomińmy ten temat.
Po prostu zastanówcie się i spróbujcie zrozumieć. Tylko tyle chciałam Wam powiedzieć, przekazać. 
Jak bardzo można się czasem męczyć ze swoim słabym, ludzkim ciałem. Dopadła mnie choroba. Męczy, utrudnia działanie. To nieważne, że tak bardzo chcę wstać, wyjść, siedzieć w szkole, żyć, gdy dyszę jak pies, po zejściu z mojego łóżka. Tego nienawidzę.
-.
To tyle, wstawiam jeszcze zdjęcie.
"Ze spotkania na spotkanie jesteś coraz piękniejsza."

-.

Proszę, niech to uderzy mnie w głowę. Niech zabłyśnie, zalśni, mignie przed oczami. I mimo, że tak pięknie mówisz o miłości, do końca marnego życia już zostaniemy sami.
Wiem, wiem, samotność. Skazani jesteśmy na nią. Właściwie, czemu ten kto najpiękniej mówi o miłości, tak wiele bólu przeżył?  Gdzie to szczęście?
Szczęścia nie ma. Wyblakło. Niczym kartka pełna wspomnień. Jeśli chcesz podaruję Ci jego ostatni promień. Niosący nadzieję, że nadejdą lepsze dni. Jedyną odpowiedzią dzisiaj jesteś Ty.
Więc kłaniam się nisko, dzisiaj poddam się Twoim urokom i czarom. Proszę, jestem dziś Twoją, jestem odpowiedzią.
Raczej pytaniem, zagadką..

Nie jestem trudna, wystarczy odpowiednie pytanie. Konkretne pytanie, konkretna odpowiedź. Tak jestbyłobędzie ze mną.
Żegnam, dobranoc. Życzę miłej nocy. Niech Cię słodycz snu ogarnie, kiedy tylko zamkniesz oczy.
Jakże niesamowicie bym chciała. Życzę tego również Tobie. Dobranoc.


-.


Czy tak bardzo lubię być czarowana słowem..? Pamiętaj o skupianiu się na czynach, słowami można mamić, czarować, pamiętaj, pamiętaj, Paulinko.


poniedziałek, 1 września 2014

Musiałem ją nieraz prosić, żeby nie wstydziła się swojego ciała. Zawsze z lękiem spoglądała, czy na nią patrzę, kiedy się rozbierała. Zawsze było:- Zgaś światło.- Dlaczego? - Zgaś, proszę cię. - Ale dlaczego? - Nie rozumiesz? Nie rozumiałem. Nie podejrzewała zapewne, że gdy patrzyłem na nią, jak się rozbierała, czułem coś takiego, jakbym stawał się bogatszy o wszystkie jej obolałości, o jej cierpienia, o jej przemijanie. Też wiele przeżyłem, lecz nie było to dla mnie takie ważne, jak to, czym ona była naznaczona. Nie, nie o to chodzi, że współcierpiałem z nią. Czy zresztą miłość potrzebuje współcierpienia? Chodzi mi o to, że odczuwałem jej istnienie jako moje istnienie. Pyta pan, co to znaczy? To, że jakby pan całe brzemię czyjegoś istnienia pragnął wziąć na siebie. Jakby pan pragnął tego kogoś w ogóle zwolnić z konieczności istnienia. Jakby pan pragnął za tego kogoś także umrzeć, żeby on nie musiał doświadczać swojego umierania. A to coś innego niż współcierpienie, jak się je na ogół rozumie. Na samą taką, choćby wyobrażoną, możliwość czułem, że chce mi się znowu żyć. Mówi pan, że to niemożliwe. Możliwe, że niemożliwe. Tylko wobec tego co powinno być miarą miłości? Jeśli pod tym nic nie znaczącym słowem pan i ja to samo byśmy rozumieli? Według czego mielibyśmy ją odczuwać? Według pożądania ciała? Ciało ma swój kres i dużo, dużo wcześniej, nim śmierć przyjdzie.
~Wiesław Myśliwski - "Traktat o łuskaniu fasoli".

piątek, 29 sierpnia 2014

Okej, okej, żyję. Po usunięcie Fb i nie wchodzeniu na aska miałam maleńkie zamieszanie, ale było fajnie. Szkoda, że w dzisiejszych czasach można zauważyć zniknięcie jedynie przez zablokowanie jednej, pieprzonej strony internetowej. Powiedzenie, że "nie masz facebooka - nie żyjesz", sprawdza się z przerażającą dokładnością. Wczoraj lekkie załamanie, obojętność, bo przecież co za różnica czy jestem, czy mnie nie ma. Dwie osoby poświęciły mi trochę czasu, z czego jedna i tak była bardziej zajęta swoimi sprawami. Musiałam szybko się uspokoić, pamiętać, że nie mogę sobie pozwalać na taką zuchwałość jak płacz, czy inne uczucia. Głowa wysoko, zimny wzrok, to moja jedyna tarcza.
Dobrze, że dzisiaj piękne słoneczko świeci. Siedzę przy otwartym oknie, ktoś kichnął. Znowu. Na zdrowie?
Byłam wczoraj z Pozytywką na randce, wzięłam ją do kina na film "Lucy".
Już pisałam o nim na asku, więc po prostu wkleję moją recenzję.
~Początek - oczywiście milion reklam, ale najważniejsze, czyli film. Zaczyna się dość szybko i na temat. Dobre wprowadzenie, kilka słów na temat ludzkości, powstawania. Poznajemy dziewczynę, dość młodą blondynkę, oraz jej znajomego. Ma za zadanie jedynie podanie walizki z kilkoma dokumentami, jakimiś planami. Wchodzi do hotelu, prosi odbiorcę paczki do siebie. Tutaj zaczyna się akcja. Dziewczynę zgarnia mafia, zabiera do pokoju. Nic nie tłumaczą, jedynie rozkazują. Główna bohaterka przedstawia się jako Lucy. Ona i kilka dodatkowych osób mają przemycić narkotyki. Nie wszystko idzie zgodnie z planem, nie z własnej woli dziewczyna przyjmuje dawkę, która teoretycznie powinna ją zabić. W międzyczasie dowiadujemy się, że człowiek wykorzystuje 10% mózgu. Jedyne stworzenie, które wykorzystuje więcej to delfin (20%). Z kolejnymi aktami filmu pokazane są zachowania i podróże Lucy, której wykorzystanie mózgu zwiększa się wraz z upływającym czasem.Film dla mnie jest naprawdę, wspaniały. Daje trochę do myślenia, co tak naprawdę mamy w głowach, jak z tego korzystamy, jak to wszystko działa. Polecam, Chochlik.UEUEUEUEUEOUOUOUOUOUUUUU~.
Później, po filmie skubnęłam jeden plakat, nie wiedziałam, że tak można, a to wspaniałe. Zdjęłam stary kalendarz i powiesiłam nową zdobycz. 
Ja spadam, czas umyć włoski.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

To teraz ja mam pytanie. Wybaczanie wybaczaniem, ale pseudo dwulicowość? A to co ma być? Nagła zmiana humorków? Get teh fahck out, rly.
Jak widać, na wieczorek humor się popsuł, a był niezły. Rano wyszykowałam się w kilka minut, bo Marek zrobił mi wjazd na chatę. Poszliśmy się przejść, zapalić. Pojechał do Pięknej. Ja wróciłam, zjadłam obiad. Wbiłam do busa i na próbę do Dziury. Pograli, pojedliśmy, zrobiłam ciapciakom kawę w filiżance. Następnie znowu bus i na miasto z Dziurą i Baryłą. Najpierw Meta i radosne granie na basie według mnie, czyli wsadź telefon między struny i słuchaj tego brzmienia. Przy piciu zawsze człowiek się otwiera, mogłam pogadać sobie spokojnie z Baryłą. Dostałam od niego bluzę i kostkę, mam ją teraz przy naszyjniku, cudowna. Później szybka zmiana miejsc i wbiliśmy do Stacha. Wyszliśmy zapalić, ja podreptałam do domu. Kolacja to butla wody cytrynowej i ciastka z czekoladą.
---

lecz moje myśli jedynie wciąż do niej rwą
w niej zbiega się mój szczyt i moje dno
żeby móc być sobą, zakląłem krąg samotności, banicji
-.
ani słowa
tylko kulka w łeb

niedziela, 24 sierpnia 2014

Czesia. Zastanawialiście się na pewno, kiedyś, a może i niedawno, nad kruchością ludzkiego życia. Albo nad łatwością w zamianie jednych ludzi, na drugich. Są również Ci, na których mówimy niezastąpieni, ale czy jest to szczera prawda? Ludzie mają tendencję do łatwości w przywiązywaniu się. Do swojego zwierzątka domowego, do miejsca w którym pracują, do rodzinnego domu. Ale zawsze nadchodzi ten moment, że musimy się z czymś, kimś pożegnać. Płacz, krzyk, ból w sercu, różni ludzie i różne reakcje.
Napisałam to rano. Nie wiem czemu, z jakiego powodu. Ale powstało coś takiego. Obecnie nadal siedzę w górze od piżamy. Poszłabym się chętnie przejść. Nie robiłam nic konkretnego, prócz obejrzenia odcinka Catfish i oczywistego rozklejenia się. Zawsze, ale to zawsze wciągam się w materiały. Teraz trochę się pomaluję i ubiorę. Później chciałabym jechać po statyw do Natga.

Dlaczego po czyjejś śmierci marnujemy czas na pogrążanie się w smutku, podczas gdy moglibyśmy robić coś bardziej konstruktywnego?

Bo czujemy żal. Nie możemy się pogodzić z myślą, że kogoś straciliśmy, że ten ktoś nie żyje i go więcej nie zobaczymy. Zależy oczywiście jak bliska była nam ta osoba. Ostatnio zmarła moja pani od podstaw przedsiębiorczości z powodów zdrowotnych. Byłam pewna, że w kolejnym roku wróci, była świetną nauczycielką. Pomagała mi i mrużyła oczy na moje wariactwa. A tutaj, boom, stało się, ona już więcej nigdy nie będzie uczyła. Przejęłam się tym, to oczywiste, ale nie siedzę w kącie i nie płaczę, tylko dalej żyję. Nie była mi bliską osobą, mimo to ciężko mi było dopuścić do siebie tą wiadomość. To trudne.
Nie uważam to za marnowanie czasu, pogrążanie się w smutku, a jedynie swoją własną, osobistą żałobę. Gorzej było ze mną, gdy zmarł mój dziadek. Teraz mało co pamiętam, było to sporo lat temu. Mama i tata wrócili ze szpitala, ze łzami w oczach. Siedziałam ja, brat i mama, wszyscy się przytulaliśmy i płakaliśmy. Na pogrzebie starałam się dużo nie płakać, przecież dziadek by tego nie chciał. Opisałam w pamiętniku to jak się czułam, by pamiętać. Głosu nie pamiętam. Tylko pojedyncze szczegóły. Jak ubierał w lato białe podkoszulki i szelki. Jak łapał mnie za dłoń, moją malutką, jego ogromną. Jak kochał zwierzęta, tą miłość mam po nim. Jak chrapał, gdy spał. Jak jadał śniadanie przy stole, robił wielkie kromki chleba z białym serem. Jadł je na raz, ja na duże trzy gryzy. Jak pomagałam mu się golić, z wiekiem coraz częściej się zacinał. Brałam specjalny biały kamień i tamowałam krew. Na początku przerażona, że to będzie bolało, później już wyćwiczyłam rękę. Jak ubierałam go we wszystko co znalazłam, od kapeluszy, poprzez szale mami. Brakuje mi go. Był dobry, ciepły, a jednocześnie potrafił panować nad wieloma rzeczami. Tęsknię za nim, bardzo.

piątek, 22 sierpnia 2014

Słodkich snów, coś się stało? Nic, no tak.
Zapomniałam, że ja nocek zarywać nie mogę. Jestem później trupem przez następne dwa dni, niestety. Impreza u Marka jak najbardziej na tak. Zgonujący Karol, cały pomalowany, nawet na brzuchu. Śpiący, a na nim dwa krzesła, kosz z drewnem, piwa, kapsle, szczotki, świece, czyli co mam pod ręką, to położę na nim. Było naprawdę świetnie. Zaczynając od śpiewania happysadu z Anią na dworze, kończąc na wyginaniu widelców i skręcania ich wokół siebie. Powrót też niezły i takie tam. Marek udowodnił, że mięso dobre potrafi zrobić. I, że nie powinien dużo pić, zachowywał się jak. Dziecko. Dosłownie.
Spałam (czyt. leżałam i słuchałam wrzasków) od godziny 4:00 do 5:00, później miałam wjazd do pokoju, który zmusił mnie do szybkiej ucieczki. Leżałam jeszcze koło 9, a tak, licząc ogółem, byłam 42h na chodzie, bez snu, ugh.
Teraz lekko się pomaluję i lecę na miasto, koło 15 idę spotkać się z Odmieńcem.
Miłego dnia!

wtorek, 19 sierpnia 2014

Wszystko wszystkim, ale padam z lekka na pysk. Dodałam filmik, teraz będę kleiła następny. Cholernie ciepło zostałam przyjęta na grupie Spn Poland, w sensie, moja twórczość na youtubie. Skomplementowana od góry do dołu, woah. Dziko nie chce mi się nic montować, no ale. Trzeba. Skończyłam oglądać Grę o tron, muszę szybko wziąć się za jakiś inny serial, bo nie mam co robić. Byłam dzisiaj z Pozy sprzedać książkę Mariuszowi. Później po eyeliner i do domu na obiad. Wyszłam jeszcze na dwór po zakupy i z bratem do lekarza, bo ma gorączkę. Padam, po prostu padam na pysk. A jutro prawdopodobnie jest jeszcze 18stka Marka. Nie wiem czy dam radę się wybrać.

sobota, 9 sierpnia 2014


----
Boli mnie głowa. Byłem wczoraj z Markiem i Ciastkiem się przejść, mimo iż chciałem odpoczywać. No ale cóż. Poszliśmy robić zdjęcia w opuszczonym budynku - cudownie tam było. Chłopaki ustawiali butelki i rzucali w nie jakimś gruzem. Później schodziliśmy po kolei na dół, po piętrze, obchodząc wszystko. Odprowadziliśmy kawałek Ciastka i Marek kupił najlepsze żarcie w całym świecie. ;_; 
Pojechaliśmy do Dziury na próbę i odzyskałem kapelutek. Nie działa? Wbij w to widelec, zadziała.
Dzisiaj byłem u cioci, sprzątać. Bo za tydzień robię 18stkę "rodzinną". 
W tle leci Die Antwoord. -ciężko wzdycha-
Chcę iść zapalić, napiszę do Pozy. Jakoś tak ciężko.
Ah, no tak, tak to już bywa, jak pozwoliłem dopuścić do siebie to, że jestem kochany i sama kocham. 
Pamiętaj, Paulinko, to kruchy lód. 

Ubrałem misia w Jego bluzkę. Śpię wtulony w niego. List wyślę we wtorek. 
---

Macie random foty, jakieś nie wiem skąd. 


Byle szybko opisać swój sen!
Śniło mi się ze wyjeżdżałem z domu Sat. Jechaliśmy do Niemczech. Pożegnaliśmy jej rodzinę - uściski i takie tam. No i byliśmy spakowani. Zabieramy się do auta, było ładne, białe i opływowe. W domu jeszcze martwiłem się o koty, żeby miały jedzenie i żeby nie uciekły. Jeden siedział w misce, drugi pałętał się w piwnicy. Wsiedliśmy do auta, ja prowadziłem. Zaczęło padać. Zgubiliśmy się, jechałem przez jakieś dziwne apartamenty z wieloma oknami, gdzie wcale auto nie ma prawa się zmieścić. Dojechaliśmy na stację benzynową. Zamówiłem kawę i czekoladę, ale Sat gdzieś mi zniknęła. Jakiś koleś z czarnymi oczami się do mnie przystawiał. Przestał, gdy zauważyłem, że automat się trzęsie - zacząłem mówić egzorcyzmy i przestał. Następnie ta stacja zmieniła się w bibliotekę, latającą, tysiące metrów nad ziemią, wręcz zaraz pod chmurami. Na ladzie stały tam naklejki ze Supernaturala, bardzo się ucieszyłem i zacząłem je wyciągać i zbierać. W tej bibliotece było bardzo dużo demonów. Spotkałam Sama i Deana, a Sat wróciła. Zaczęłam zabijać demony nożem Ruby (Ci co oglądają wiedzą), walczyliśmy z nimi. Potem pod wyjście podleciał nasz samochód, latał. Reszta wsiadła do auta, ja zabiłam ostatnich demonów i odlecieliśmy razem.


środa, 30 lipca 2014

Cześć i czołem, kluski z rosołem. Kurczę, czemu tak zaczynam i używam takich słów, będąc cholernie głodną? Wczoraj byłam na cały dzień we Wrocławiu.
Wyjechaliśmy rano, ja, Pozytywka, Barbie, Brzoza i Pablo. Siedziałam z tyłu z Pozz i trochę na mnie spała. Ja podziwiałam przez większość drogi widoki. Przejeżdżaliśmy przez Wieluń, do którego wybieram się piątego. Mały i spokojny, taki mi się wydaje. Dojechaliśmy całkiem szybko na PKP. I zgasł nam silnik. Chłopaki próbowali popychać, ale nie dało rady. POMOCNY pan taksówkarz powiedział, że ŁASKAWIE może pomóc za 20zł. Przepraszam, że co? Jaja pana bolą? A gdzie bezinteresowność? W końcu przyjechali Emdżej, jego tata i siostra. Jakoś nam pomogli i spędzili z nami większość czasu. Zaparkowaliśmy w innym miejscu, później łaziliśmy, zwiedzaliśmy, ja kręciłam. Nie podobało mi się jedynie to, że bez mojej zgody ktoś mi robił zdjęcia. Nienawidzę czegoś takiego. Ale zobaczyliśmy kilka różnych fajnych miejsc, z czego najlepszy był rynek i pseudo fontanna. Przeze mnie Pozy straciła gwarancję na telefon. Byłam CAŁA mokra, dopiero wtedy jakoś się wszystkim humor polepszył. Potem do auta i na Halę Stulecia, chyba tak to się nazywa. Tak też trochę się popluskałam, poleżałam. Barbie polazł do ogrodu japońskiego, później spotkaliśmy się z kilkoma znajomymi, w tym moimi widzami. Później pojechaliśmy na Sky Tower, do galerii obok. Łaziliśmy, oglądaliśmy, pojedliśmy (ja pojadłam...). Winda na tego Towera jest straszna. Musiałam jechać wtulona w Brzozę. Ale widok był tego wart. Zakochałam się w tym miejscu. Muzykę dobrali idealną. Zjechaliśmy, ja, Pozy i Brzoza. Pożegnaliśmy się i poszliśmy po picie, potem do auta i czekaliśmy na Barbiego i Pabla. I do domu.
---
Przed chwilą spotkałam się z Poz. Dzisiaj leżę i nic nie robię, dopiero jutro pozwolę sobie wyglądać jak człowiek. I iść do Sat, w końcu ma 18stkę.

sobota, 26 lipca 2014

"Żartuję, cioto. Miałaś masę takiej krytyki, 
wiesz gdzie ją powinnaś mieć. 
Jesteś sobą i to jest w Tobie najpiękniejsze, 
więc po co sobie humor jebać? 
Taką Cie kocham, odpuść sobie. 
Infantylność, dojrzałość nie wiem co to. 
Ja jestem sobą, nie wiem jaki ale jestem. 
A Ty?"

---

Więc uczy mnie tego, co ja powtarzałem mu kiedyś.
Ratujcie ludzie, oszalałem.
Wczoraj dostałem różowego lizaka w kształcie serca.
I Kondziu zawiózł mnie do domu na motorze.
I byłem pielęgniarką, bo miał ziaziu, opatrzyłem go.
Do godziny 12:41 leżałem w łóżku.
Teraz wstaję i idę...
Na obiad?
Chyba, nie wiem.
Dorastający chłopcy potrzebują mięsa, tak.