czwartek, 9 października 2014

Ciem, kapciem, butem.
"Niech nikt Was nie przekona, że „beze mnie jesteś nikim”. Nie wierzcie w bajkę o dwóch połówkach jabłka, albo wierzcie, ale nie przypominajcie sobie o niej, by zagłuszyć myśl, że Wasza relacja z kimś nie idzie w dobrym kierunku."
Wracamy na drogę i jedziemy w kierunku, który wskazuje palcem Camryn. Podążamy na wschód drogą numer czterdzieści cztery, wygląda na to, że przejedziemy przez dolną część Missouri. 

– Cieszę się, że mogłem służyć. – Włączam radio. 
– Och, nie – dokucza mi. – Zastanawiam się, jak daleko w lata siedemdziesiąte posuniemy się tym razem. 
Pochylam głowę i uśmiecham się do niej. 
– To dobra piosenka – mówię, sięgając do radia i dając trochę głośniej, po czym do rytmu uderzam kciukami o kierownicę. 
– Tak, słyszałam już ją kiedyś. – Opiera głowę o siedzenie. – „Wayward Son”. 
– Blisko. „Carry On Wayward Son”. 
– Tak, na tyle blisko, że nie musiałeś mnie poprawiać. – Udaje obrażoną, ale nie wychodzi jej to za dobrze. 
– A nazwa zespołu to...? – Sprawdzam ją. 
Krzywi się. 
– Nie wiem! 
– Kansas – odpowiadam z wyższością. – Jeden z moich ulubionych. 
– Mówisz tak o wszystkich. – Nadyma usta i mruży oczy. 

Solomon Grundy,
Urodzony w Poniedziałek,
Ochrzczony we Wtorek,
Żonaty w Środę,
Skrzywdzony w Czwartek,
Osłabiony w Piątek,
Zmarły w Sobotę,
Pochowany w Niedzielę:

To jest koniec o Solomonie Grundym.
Chciałbym, żeby mnie ktoś wziął. Wziął i schował, przy sobie, obok siebie. Przykrył, żeby wystawał mi tylko czubek nosa. Żebym mógł sobie ogrzać łapki, wtulić się mocno. Poczuć delikatny zapach drugiej osoby. Uśmiechnąć się i zanurzyć w nim. Chciałbym oglądać z kimś filmy, nawet te straszne. I te przygodowe też. Wykrzykiwałbym przekleństwa, różne odgłosy dźwiękonaśladowcze, pod wpływem emocji. Wychodziłbym coś zjeść, ale jedynie do kuchni. Zapewne i tak siedziałbym na blacie, skulony, patrząc jak ktoś robi mi kanapki, bo nie wiedział co chcę. Spytał, oczywiście spytał, co bym zjadła. A ja, z wielkim uśmiechem odpowiedziałbym: jedzenie. Chciałbym wieczorami, no i nocą palić na dachu. Siąść, położyć się, patrzeć na gwiazdy, na moje gwiazdy i wydmuchiwać dym. Chciałbym napić się malibu z mlekiem, lubię, słodkie. I chciałbym opowiadać głupie żarty. I chciałbym być zawstydzany. I oprowadzany. I chciałbym wyjeżdżać. I się dużo śmiać. I być całowany w nosek. I gryziony w szyję. I żebym sam mógł kogoś gryźć, jak kotek kostki. Tak dużo bym chciał, a nie mam nic.
-.
Wielka rozpacz z powodu śmierci motyla dziś mną wzruszyła. Nie wiem, czy ja mam mą gwiazdę? Ja jestem gwiazdą Twego życia. Ale czy na pewno? Czy ja pozwalam na takie spoufalanie się? Czy kogokolwiek dopuszczam aż tak, by był mą gwiazdą? Nie sądzę. To ja sama nią jestem. Gwiazdy są samotne, a samotność równa się bezpieczeństwu. Wszystko ładnie, pięknie, uśmieszki i inne duperele, ale dystans jest równy mojej przestrzeni, prywatnej. Tak bardzo ważnej. 
10 minut biegu w miejscu. Dawałam sobie 4. Pokonałam, dałam radę.
Jutro sprawdzian na który nic nie umiem, znowu boję się szkoły i stresu z nią związanego.
Nie wiem, nie wiem nic.

re la ty wizm mo ral ny
I ten nie grzeszy, kto grzeszy w sekrecie.




niedziela, 5 października 2014

Cześć i czołem.
Dawno nie pisałam, weny brak, więc nie będę tutaj śmiecić. Wczoraj zobaczyłam miasto, które pobiło wszystkie inne w których byłam. Już dwa razy w Krakowie byłam, ale ten wyjazd pobił inne na głowę.
Wcześnie rano wbił Marek, szybko się ogarnęłam, wybiliśmy na próbę. Wcześniej zamiast papierosów kupiłam sobie figurkę Rarity, kucyka. Tam siedziałam kilka godzin łażąc z góry na dół, słuchając jak im idzie i czytając książkę na dworze. Słoneczko pięknie świeciło, pogoda dopisywała. Po próbie zaczęli się pakować, wbiło też kilka innych osób.
Paulina, Paulina, masz fajną dupę. ~Pędzel 2014.
Spytał mnie, jak mam naprawdę na imię. I wymyślił dla mnie wierszyk.
Dojechałam z Frajerem i Markiem do domu tego pierwszego. Bawiłam się z rybką, jadłam gołąbki i poznałam jego dziewczynę, Anię. W końcu zabraliśmy się i pojechaliśmy do Krakowa. Trochę spałam, leżąc głową na ramieniu Marka. Jak dojechaliśmy poszliśmy wszyscy na kebaba do Shisha baru, w stylu typowo hinduskim. Wszędzie wielkie poduchy, muzyka, mega klimat. Udało nam się - zaraz na przeciwko baru był nasz pub. Długie schody, taras. Bardzo mi się spodobał.
Sam koncert był niezły, Ojszczane Mury grały - dla mnie - całkiem fajnie. Nadal uważam, że Baryła rozjebał wokal, mega. Najlepsze, że nie wypiłam prawie nic. Duma rozpiera, he. Swoją drogą. Mam crush na Artystę. Nic, shh. Nic nie było.
Poznałam Jezusa, zaczęłam wierzyć. Wymieniałam uśmiechy, przytulałam obcych ludzi, macałam czyjeś irokezy, śmiałam się ze wszystkimi, robiłam ludziom pieczątki, patrzałam na przystojnych (przystojnego, lel) ludzi, oglądałam z bezpiecznej odległości pogo.
Poznałam masę ludzi, świetnych ludzi.
Chcę znów tam wrócić. Wiem, że wrócę.