Cholernie zwolniony oddech, czarne kropki przed oczami, lodowate ręce. Takie są skutki moich życzeń. Jako mała dziewczynka pragnęłam mieć cudowne, zwariowane, pełne zwrotów akcji życie. Być jak Lara Croft, z pięknymi ustami i umiejętnością obrony.
Wiecie co?
Dostałam to czego chciałam.
Nie jest cudownie. To przerażające, że tak się kiedyś mogłam skrzywdzić. Dziś moim pragnieniem jest mieć spokojne, cichutkie i szare życie. Znaleźć kogoś, kto pokocha mnie z wzajemnością, mieć spokojny, cichy dom, spokojną, cichą pracę i tak żyć. To moje marzenie na teraz.
Chcę już lato. Potrzebuję słońca, umieram bez niego. Śnieg mnie przeraża. Moje ciało reagujące na nerwy mnie przeraża. Całą czerwoną dłoń mam. Wmawiam sobie, że to lepsze niż inne sposoby, ale prawda jest inna. Lepsze, byłoby uspokojenie nerwów. Czasem miewam przebłyski dzikiej chęci wrócenia do tabletek. Ale skoro dałam radę odmówić ich kiedyś, to dam radę i teraz.
I ta dzika chęć odrzucenia problemów.
Dlaczego ja z kłopotami się do nich zwracam, a oni mnie nimi krzywdzą, to wręcz jak cierniste plącza oplatające moje myśli. Sprawiające, że wariuję, ja zwariowałam.
Idę sobie stąd. Chcę iść jak najdalej, bez dostępu do delikatnej siebie. Ludzie prędzej czy później i tak to wykorzystają.
---